Co sprawia, że „Puzzle z piasku” są tak niezwykłą powieścią?
Dwa dni temu przedstawił nam się już główny bohater. To właśnie on, Wojciech: skupiony na sobie, a jednocześnie zagubiony (żeby nie powiedzieć: rozlazły) czterdziestodwuletni mężczyzna jest osią powieści. Chwilami jest irytujący ze swoimi dylematami i wiecznymi wątpliwościami. Chwilami przynudza, rozczulając się nad sobą. Na szczęście dla niego, i dla nas jako czytelników, co krok staje w obliczu osobliwych wyzwań. Wytrącają go one z fałszywej równowagi. Nam natomiast dostarczają okazji do zwiedzania egzotycznych miejsc i śledzenia przygód przyprawiających o zawrót głowy.
Bez wątpienia miejscami najciekawszymi i najważniejszymi dla przemiany Wojciecha, oraz dla samej powieści, są klasztor w M. oraz Pustynia Syryjska.
Co takiego wyjątkowego jest w klasztorze M.?
Dla przypadkowego, niewtajemniczonego turysty wydaje się zaledwie stertą starych ruin na granicy pustyni i gór. Z perspektywy drogi nic nie zachęca do odwiedzenie tych szaro-piaskowych murów, szczególnie gdy trzeba się wspiąć na trzysta czterdzieści trzy stopnie schodów, żeby przekroczyć klasztorną bramę.
Kiedy jednak podejmie się ten wysiłek, zaskoczeniom nie ma końca. Jak powie Wojciech: „W M. nic nie było tak, jak sobie wyobrażałem. Miejsce owszem, było bardzo stare, a mury częściowo obrócone w ruinę. Jednak część z nich została w ostatnich latach odbudowana. Okazało się, że był to aktywnie funkcjonujący klasztor katolicki. A co najbardziej zadziwiające, po M. kręciło się sporo ludzi. I to nie tylko zakonników”.
W ciągu kilku dni pobytu w M. Wojciech pozna ludzi wielu narodowości i ras, którzy poddadzą w wątpliwość jego wcześniejsze wyobrażenia w wielu kwestiach. Co najważniejsze jednak, zmuszony będzie skonfrontować się ze swoim wyobrażeniem o sobie samym.
Zakonnicy w skromnych szarych habitach, modlący się w języku aramejskim i przestrzegający rytuałów niezmienionych prawdopodobnie od czasów Chrystusa, okażą się zaskakująco ludzcy ze swoimi pasjami, zainteresowaniami i słabostkami. Wojciech pozna klasztor od kuchni (dosłownie!), zostanie „wrobiony” w wyczerpującą pracę na budowie, aż w końcu trafi do tajemnej biblioteki klasztornej, skrywającej jedne z najważniejszych skarbów bibliotecznych ludzkości. No i oczywiście wszystkie te doświadczenia odcisną na nim silne piętno.
Ale o swoich wrażeniach z M. Wojciech opowie w następnym odcinku.

W odpowiedzi na pytanie z poprzedniego postu (przypuszczam, że miało być tutaj) - M. tak naprawdę nie istnieje... chociaż istnieje... w pewien sposób. Znowu komplikuję? Ok, spróbuję wprost - pisząc, inspirowałem się pewnym, istniejącym naprawdę, klasztorem - jednak dość swobodnie, więc M. odbiega znacznie od swojego pierwowzoru. Jak to w powieści ;-)
OdpowiedzUsuń