
Wracamy z pustyni do klasztoru i od razu do jednej z najbardziej sekretnych części M. - ukrytej przed współczesnym światem biblioteki, skrywającej niezwykle rzadkie skarby piśmiennictwa:
Brat Anselmo otworzył ciężkie, grube drzwi, które zatrzasnęły się cicho za naszymi plecami. Wewnątrz było ciemno. Usłyszałem cichy klik włącznika i z ciemności zaczęły się wyłaniać pojedyncze elementy pokoju. Pod ścianami stało kilka oszklonych gablot, na środku duży, okrągły stół.
Podszedłem za nim do najbliższej gabloty. Na półce, na wysokości mojego pasa, leżało kilka zwojów. Obok każdego z nich, jak w muzeum, umieszczona była tabliczka. W skąpym oświetleniu miałem trudności z odczytaniem informacji, tym bardziej, że były one wypisane po łacinie.
- Czy to wszystko to oryginały?
- I tak i nie... – uśmiechnął się do mnie z dumą. – Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Spójrz tutaj, to jeden z naszych najcenniejszych eksponatów.
Brat Anselmo otworzył szafkę. Z namaszczeniem, powoli nałożył białe, bawełniane rękawiczki i delikatnie podniósł jeden ze zwojów. Przeniósł go na stół i bardzo ostrożnie rozwinął. Moim oczom, na pożółkłym, miejscami przybrązowionym tle, ukazał się tekst wypisany równymi, ozdobnymi literami w języku, którego nie byłem w stanie zidentyfikować. Całość tekstu ułożona była w kształcie krzyża.
- Co to jest? – zapytałem szeptem.
- To jest prawdopodobnie najstarsza zachowana wersja „Przysięgi Hipokratesa”! Jednego z najważniejszych dokumentów etyki lekarskiej. – Widać było, że duma rozpiera brata Anselmo. – Prawdopodobnie znasz go doskonale, synu.
Skinąłem głową potakująco.
Zwinnym ruchem zwinął zwój i odłożył z powrotem do gabloty. Nie przestając mówić, podszedł do następnej szafki i wyciągnął wielką, grubą księgę, oprawioną w solidną okładkę, która wyglądała na drewnianą, albo skórzaną.
- Czy to jest…
- Tak – wszedł mi w słowo, uśmiechając się z zadowoleniem – to jest „Corpus Hippocraticum”, chociaż oczywiście nie oryginał. Jest to jednak unikalny skarb sam w sobie. To jedna z pierwszych kopii, wydrukowanych w roku 1525 przez Marka Fabiusza Calvusa w Rzymie.
Ostrożnym ruchem otworzył księgę. Druk był równy, ozdobny, litery dość duże, nieprzypominające książek drukowanych współcześnie. Stronice były przybrązowione, poplamione i wystrzępione na brzegach.
Uwielbiam Hipokratesa! – powiedział rozmarzonym głosem. – Jak już mówiłem, chciałem kiedyś zostać lekarzem, a że on jest nazywany ojcem medycyny, więc ja mogę go nazywać swoim ojcem!
Zachichotał chicho jak mały chłopiec, który opowiedział dowcip. Zaraz jednak spoważniał.
- Może trochę przesadziłem. Ale przynajmniej mogę go nazywać swoim mistrzem! Jego metoda badań była racjonalna, tak jak lubię. Wyciągał wnioski, prowadzące do ustalenia diagnozy, na podstawie szczegółowych obserwacji i bogatego doświadczenia. Zwalczał również, powszechne w jego czasach, przesądy, jak na przykład ten, że epilepsję wywołuje opętanie przez demony. Wiele z jego odkryć zachowało aktualność do dzisiaj. Czy wiesz, że to on wprowadził do medycyny pojęcie raka?
- Nie… nie wiedziałem.
- Nie mam wątpliwości, że tytuł ojca medycyny słusznie mu się należy – ciągnął dalej, przerywając jedynie dla nabrania powietrza w płuca. – On pierwszy opisał zabiegi lecznicze z wykorzystaniem zimna, ciepła słonecznego i ćwiczeń fizycznych oraz stosował balneoterapię. Postulował dietę i higienę jako metody zapobiegania chorobom, oraz generalnie wspomaganie naturalnych procesów zdrowienia. Naczelną zasadą Hipokratesa było nieszkodzenie choremu!
- „Primum non nocere”? – wyrwała mi się maksyma, zapamiętana ze studiów.
- Dokładnie: „po pierwsze nie szkodzić”, to jego dewiza.
- Nie pamiętałem, że to on jest autorem tego powiedzenia - przyznałem.
- A i owszem. Podobnie jak „Salus aegroti suprema lex”. Pamiętasz co to znaczy?
- „Zdrowie chorego najwyższym dobrem”.
Poczułem się jak w liceum, na lekcji łaciny, kiedy cała klasa recytowała chórem przysłowia, a nasza piękna nauczycielka, z pochodzenia Greczynka, rozmarzonym wzrokiem wpatrywała się w bezkresną przestrzeń za oknem. Podkochiwałem się w niej, jak większość chłopaków. Była tematem sprośnych rozmów na przerwach i fantazji po lekcjach, chociaż zdawała się w ogóle nie zauważać zainteresowania, jakie w nas wzbudzała.
- No to zdałeś egzamin z łaciny! – głos zakonnika przywrócił mnie do rzeczywistości. – Teraz możemy porozmawiać o twojej pracy u mnie.
- A było tak pięknie – szepnąłem, błądząc jeszcze myślami wokół Pani Dura Lex, mojej pięknej łacinniczki.
- Co mówisz?
Chciałem powiedzieć – wróciłem gwałtownie na Ziemię – że wspaniale było rozmawiać z bratem o Hipokratesie. Miałem nadzieję, że spędzimy tak cały dzień!

Wyobrazam sobie klimat tej biblioteki...
OdpowiedzUsuńPani Duralex? czyli, że co - nietłukąca? Żartuję... świetne! Czekamy na książkę.
OdpowiedzUsuń